in ,

LISTY PRAWDZIWYCH KOBIET

PRZYKRYĆ ZMARSZCZKI UŚMIECHEM

"Boginie" Natalia Romaniuk

Zaczęło się. Przekraczając trzydziesty drugi rok życia muszę liczyć się z tym, że wewnętrzny krytyk obejmie wszystkie aspekty mojego życia, a w tym również moje ciało. Zaczynał od wytykania mi cellulitu na udach, zbytniej chudości, wiotczejącej skóry, a teraz obrał sobie za cel twarz. Zaczyna być w tej kwestii bezwzględny. Zastanawiam się jak to możliwe, że tak długo udało mi się żyć nie dostrzegając worów pod oczami, cieni, zmarszczek i bruzd mimicznych? Jak udało mi się dożyć tak sędziwego wieku i pominąć fakt starzenia się milczeniem? Nie zauważać go, czuć się wiecznie młodą i piękną.

Zaczęło się. Już nie wypad udawać, że się jest młodą i ignorować uparcie pesel. Wygłupiać, stroić miny, robić z siebie samej obiekt żartów. Zachowywać się, jak dziecko o niezbyt rozgarniętej osobowości. Zaczęło się a w zasadzie pewna epoka wyraźnie dobiegła końca. Postępy w starzeniu się zostały odnotowane, nie ma już odwrotu, aby wymazać ten fakt z pamięci. Doszło do tego, że zaczęłam po praz pierwszy w życiu uważnie przyglądać się kobiecym twarzom, porównywać bruzdy mimiczne i „kurze łapki”. Zapytacie zapewne, skąd taka nagła zmiana, skoro dotychczas proces codziennego umierania, umykał moim oczom. Otóż, zapragnęłam zadbać o siebie, odwiedziłam więc salon medycyny estetycznej. Chyba nie było to miejsce, gdzie chciałam już w tym wieku trafić, ale rosnąca miłość własna, postanowiła podarować sobie odrobinę luksusu, a że akurat była promocja… Na szczęście lub nieszczęście mądra pani doktor, nie wykonała od razu zabiegu upiekszająco-naciągającego zmarszczki mózgu – bo to on jest głównym prowodyrem tych szalonych pomysłów i to na nim powinno dokonywać się wszelkich zabiegów. Lecz poddała mnie wnikliwej obserwacji i analizie wręczając lustro. Kochane, nie po to jednak, abym się w sobie zakochała i zaczęła podziwiać swoje piękno. Tak to nie działa. Lustro stało się w tamtym momencie moim największym wrogiem. Mimowolnie jednak się uśmiechnęłam.

Zaczęło się. Tak, chyba wtedy się zaczęło. Poczułam się jak na przesłuchaniu, a jej piękna twarz lalki uparcie wpatrująca się w moją twarz, milcząco nakazywała doszukiwać się niedoskonałości. I wtedy się zaczęło na całego… Botoks na zmarszczki na czole… Kwas hialuronowy w policzki, aby naciągnąć skórę i zniwelować bruzdy mimiczne oraz zmarszczki marionetkowe, które są okrutnym wynikiem mojej budowy twarzy. Wręcz jej kaprysem. A potem coś tam, aby podnieść powieki, coś tam na „kurze łapki” i jeszcze coś tam na wory pod oczami i bruzdy łzowe. Wybaczcie, ale w oszołomieniu, nie zapamiętałam fachowej nomenklatury. O dziwo nie opuszczał mnie dobry nastrój i wyśmienite samopoczucie. Wiem, że intencje Pani doktor były szlachetne, bo w końcu przyszłam po zdiagnozowanie „problemu” i znalezienie możliwości jego usunięcia. Nie spodziewałam się jednak, że już ich jest tyle! Co będzie za parę lat? Może powinnam od razu otworzyć fundusz na ten cel? Siedząc, wiedziałam, że nie podejmę decyzji na upiększanie, poprawianie i dobudowywanie, naciąganie, ale jak najszybciej stamtąd ucieknę. Nie było mi już potrzebne zapewnienie, że przecież jestem piękna i młoda i żebym się nie przejmowała. Ja już wiedziałam JAK JEST NAPRAWDĘ!

Tak, zaczęło się. Pani doktor była mądrą kobietą, nie chciała na mnie zarobić ani ze mnie zedrzeć, chciała wskazać tylko pewną jakość mojej niedoskonałej twarzy i „pomóc mi” zadbać o nią lepiej. I to był jedyny dobry aspekt tej wizyty. Bo stał się cud! Popatrzyłam na nią w jeszcze większą miłością i wyrozumiałością, dla każdej zmarszczki, przebarwienia, smutnych worów pod oczami. Tyle wycierpiały, tyle łez przelały. Na twarz, która była niekochana i nieakceptowana latami. Jak tego wszystkiego nie chcieć ukochać i utulić. Tak, taka jestem. Tak, to wszystko było. To przeszłość. Przecież teraz oczy lśnią cudownym blaskiem radości życia, rozrastającej się miłości własnej, cudownej tkliwej czułości do samej siebie. Każda zmarszczka, to moja historia i pomimo widocznego napięcia, które dusiłam lata całe, moja twarz, jest moją przyjaciółką. Można zadbać o siebie i nie chcieć nic zmieniać, nic poprawiać. Można cieszyć się z tego, jak jest i przykryć zmarszczki uśmiechem.

Tak, dokładnie tak… Zaczęło się. Powrót do domu wymaga odwagi, decyzji, determinacji, aby nie przestawać w codziennym konsekwentnym kochaniu siebie coraz mocniej i w coraz bardziej świadomy sposób. Zauważeniu, ile osób wokół chce nam sprzedać swoją prawdę o swoich twarzach i nie przyjmować tych prawd! Trzymać się swoich własnych. Tych, które budują i tworzą nową jakość naszego życia. Życia w którym jesteśmy boginiami pełnymi miłości do siebie i do świata. Może i są bruzdy mimiczne i marionetkowe, może i mam wory pod oczami, ale mam miłość w sercu. Okrutnie bijącą innych po oczach…

Tulę z serca <3

Natalia

 

grafika:”Boginie” Natalia Romaniuk, druk pigmentowy, 2009
https://www.facebook.com/nataliaromaniukart/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Relacje na pół etatu

WŁAŚCIWE MIEJSCE